Sri Lanka #dzień pierwszy

Sri Lanka #dzień pierwszy

Nasz lot z Warszawy wraz z przesiadką w Dubaju trwał 12 godzin. Tak naprawdę dotarło do nas, w którym kierunku świata lecimy dopiero rano 29 maja, gdy zaserwowano nam w samolocie pikantne śniadanie w stylu azjatyckim. Gdy dobiliśmy do Sri Lańskiego portu czekała na nas jeszcze odrobina formalności i papierologii, z którą uwinęliśmy się jak mrówki.

Projekt bez tytułu (1)

Następnie udaliśmy się do kantoru wymienić dolary na przepiękne kolorowe rupie. Na Sri Lance mając kilka tysięcy zielonych rupii można naprawdę poczuć się bogatym. Ceny w sklepach są podobne do polskich, a w większości miejsc jeszcze niższe. Oczywiście najwięcej wydać można w specjalnych pamiątkowych bazarach dla turystów, no ale który kraj nie chce zarobić na przybyszach.

Na lotnisku przywitał na nas Hemantha Perera, jeden z szefów cejlońskiego Basilura. Zostaliśmy przedstawieni naszemu kierowcy, a w drodze do naszego hotelu Cinnamon Red pierwsze co dało nam się we znaki to ogromna wilgoć i duchota. Droga do hotelu zajęła nam około 30 minut, a przez okno busa niestety mogliśmy obserwować skutki ostatniej dramatycznej ulewy, która nawiedziła tamte strony. Wiele mieszkań zostało podtopionych. Hemantha powiedział nam, że mimo, że Sri Lanka znajduje się w klimacie monsunowym, to o tej porze zwykle tak nie pada. Szczęście w nieszczęściu bo mimo opadów temperatura jak dla europejczyków była znośna i mieliśmy okazji naprawdę się upocić.

Projekt bez tytułu (2)

Do hotelu zajechaliśmy o 10:00, a o 12:00  czekał na nas lunch. Niestety nie było czasu na sen. Wzięliśmy upragniony prysznic, rozpakowaliśmy dobytek i zeszliśmy o restauracji. Około 13:00 czekała na nas Sanali.  Razem udaliśmy się do pobliskiej galerii gdzie znajduje się firmowy sklep Basilura. Dumnie możemy powiedzieć, że w naszym sklepie w Nowym Dworze Mazowieckim nie brakuje niczego. Jedyne co nas zaskoczyło to wyjątkowo popularna sprzedaż herbat z Mikołajem, a także specjalna maszyna do mieszania suszu i tworzenia własnych smaków.

Projekt bez tytułu (3)

Następnie powędrowaliśmy do Świątyni Buddy, która zaskoczyła nas różnorodnością zabytków. Oczywiście zwiedzaliśmy nawet bez skarpetek! Zawsze zwiedzanie było ekspresowe ponieważ zostaliśmy zaproszeni do domu Gaminiego – szefa Basilura na podwieczorek.  Z jego willi pojechaliśmy do najlepszej restauracji w Kolombo. Z tego grzechu obżarstwa będziemy spowiadać się do końca życia. Mnóstwo przystawek, kilka dań głównych, owoce morza, słodycze i mojito. Wróciliśmy o 22 do hotelu. Zmęczeni ale najedzeni. Możecie sobie tylko wyobrażać jak dobrze nam się spało. A już następnego dnia czekał na nas nowy hotel i podróż do nowego miejsca…

Projekt bez tytułu (4)

 

 

 

Udostępnij ten wpis Facebook Twitter Pinterest Google Plus StumbleUpon Reddit RSS Email

Powiązane wpisy